pięć procent

Gdy nadchodzi weekend, czuję, że moje baterie są na poziomie 5%. Serio. Już we wtorek miałam wrażenie, że się wypalam. Ekspresowa eksploatacja, jakby ktoś nagle przekręcił pokrętło do maksimum. Od środy wszystko napędzała już tylko nadzieja – że przetrwam, że znajdę chwilę spokoju. Ale spokoju nie ma. Ani w pracy, ani w domu.

W pracy nie chodzi o to, że chcę nic nie robić. Chodzi o to, że chciałabym mieć kontrolę nad tym, co robię. Czuć, że mam wpływ na zadania, za które odpowiadam. Tymczasem to się wymyka z rąk. A kiedy tracę kontrolę, kiedy nie mam przestrzeni na odpoczynek, moje baterie nie mają szans się naładować.

A w domu? To przecież powinno być moje miejsce spokoju, ale jest coraz trudniej. W środę zadzwonili ze szkoły Kuby. „Proszę natychmiast przyjechać”. Serce mi stanęło. Nie chciałam wychodzić z pracy, więc zadzwoniłam do taty Kuby. W jego tempie to godzina, w moim – 30 minut. Zrobiłam szybką analizę i rzuciłam wszystko. Pędziłam, jakbym goniła za czasem, a jednocześnie przed nim uciekała. Każdy kilometr to niebezpieczeństwo, ale wiedziałam, że dzwonili, bo musiało być źle.

Wpadłam do szkoły. Kuba dyskutował z nauczycielką, jakby nic wielkiego się nie działo. Ale ja wiedziałam, że za tym spokojem kryje się coś więcej. Zabrałam go do małego gabinetu, zamknęłam drzwi. I wtedy to powiedział. „Oddaj mnie do domu dziecka. Wszyscy będą mieli spokój”. Zadrżałam. Serce mi pękło. Co się dzieje z moim synem? Dlaczego to ciągle trwa? Dlaczego nie mogę mu pomóc?

Pani opowiadała mi, co się wydarzyło. Kuba otwierał okna, próbował przez nie skakać, biegał po szkole, ugryzł pana z WF-u. Ale ja nie miałam siły tego słuchać. Jakby każda kolejna informacja była kamieniem, który mnie przygniata. Tata Kuby w końcu dotarł, ale ja musiałam wracać do pracy. Zostawiłam go tam, wierząc, że tata będzie czuwał, a Kuba wróci na lekcje. W drodze powrotnej już nie czułam nic. Ani smutku, ani gniewu. Pustka. Trzy lata tej systematycznej walki. Jestem tak wypruta z emocji, że nie mam już siły nawet płakać.

Wieczorem zapytałam Kubę, czy pamięta, co powiedział. Był zaskoczony. Nie miał pojęcia, co mówił. Ale ja pamiętam. „Oddaj mnie do domu dziecka”. Te słowa dzwonią mi w uszach, są jak echo, które nie chce ucichnąć. Wiem, że nie zdaje sobie sprawy z tego, co mówi, ale czuję, jak w swojej furii coraz częściej chce mnie zranić. Chce sprawić mi ból, choć pewnie nawet nie wie dlaczego.

W czwartek i piątek tata był z nim w szkole, cały czas. Nie mogę dopuścić do tego, by Kuba znów opuścił szkołę, bo wiem, że to byłby koniec jego edukacji. A jednak ciągle pytam sama siebie: czy on gra ze mną w jakąś grę? Czy naprawdę chce uciec od szkoły, czy po prostu nie radzi sobie z tym wszystkim?

Nie wiem, co przyniesie kolejny tydzień. Ale wiem, że moje baterie są na maksymalnym wyczerpaniu.